Fletnia Pana składa hołd papieżowi


 

   
06.06.2006.
W pierwszą rocznicę śmierci papieża na wrocławskim rynku rozbrzmi przejmujący lament fletni pana. Rumuński wirtuoz, Gheorghe Zamfir, wykona koncert „Totus Tuus” skomponowany ku pamięci Jana Pawła II.

Grzegorz Brzozowicz - W jaki sposób powstał ten koncert?
Gheorghe Zamfir: To długa historia, która rozpoczęła się w 1987 roku. Byłem zaniepokojony poziomem współczesnej muzyki sakralnej i wysłałem list do kardynała Josepha Ratzingera prosząc o spotkanie. Zostałem przyjęty przez kardynała na specjalnej audiencji w Watykanie, która trwała godzinę i piętnaście minut. W następnym roku spotkałem się z papieżem, z którym rozmawiałem w cztery oczy przez piętnaście minut. Zaproponowałem Janowi Pawłowi II, by moja muzyka towarzyszyła mu podczas pielgrzymek po świecie i była grana na zakończenie spotkań z wiernymi. Przekonywałem, że fletnia pana jest najwspanialszym instrumentem do wykonywania pożegnalnej modlitwy. Po tym spotkaniu miałem zaszczyt zagrania dwóch koncertów na Uniwersytecie Salezjańskim, a następnie kardynał Ratzinger, o którym nie wiedziałem, że jest z wykształcenia muzykiem, zaproponował mi nagranie płyty z muzyką sakralną. Watykan właśnie rozpoczął wydawanie płyt. Z pierwszym numerem ukazał się kompakt z utworami Vivaldiego, a z drugim mój. Ta piękna historia leży u podstaw stworzenie koncertu „Totus Tuus”, który powstawał przez wiele lat. W ubiegłym roku podczas spotkania z nuncjuszem papieskim w Bukareszcie zapowiedziałem wydanie płyty łączącej muzykę katolicką i prawosławną w jedno. Na „Totus Tuus” są cztery utwory Ave Maria, „Ojcze nasz”, „Gloria”... Oczywiście cały kontekst tego koncertu jest związany z pamięcią o papieżu, o jego oddaniu pracy na rzecz pokoju, religijnemu zjednoczeniu i walce o czystość wiary.  

- Jest pan wyznania prawosławnego, a jednak większość swojej twórczości religijnej związał pan z polskim papieżem.
G.Z.: Trzy lata temu byłem pierwszym prawosławnym twórcą zaproszonym przez katolickiego hierarchę, polskiego biskupa Mariana z Toronto, do wystąpienia podczas oficjalnej uroczystości kościelnej. Był to koncert z okazji 25-lecia papieskiego pontyfikatu. Wystąpiłem w Toronto, gdzie zagrałem w towarzystwie wielkiego chóru i orkiestry symfonicznej. Koncert oglądało 16 tysięcy widzów. Muzyka nie zna granic i jest doskonałym medium dla duchowego jednoczenia w wierze. Właśnie najpierw po przez muzykę może dojść do tak pożądanego zjednoczenie między prawosławiem i katolicyzmem. Największym osiągnięciem Jana Pawła II było łączenie narodów w wierze. Wcześniejsi papieże walczyli o wiarę na poziomie europejskim, a na innych kontynentach na poziomach narodowych. Dopiero Karol Wojtyła zaczął rozwiązywać ten problem w skali globalnej. To dlatego był tak kochany i akceptowany na całym świecie. Jestem przekonany, że odszedł z tego świata z poczuciem spełnienia misji.

- Nie tylko kochał pan papieża Polaka, ale również często odwiedza pan nasz kraj z koncertami.
G.Z.: Ja jako prawosławny przyjeżdżam do was ze swym małym wkładem w pojednanie duchowe między naszymi kościołami. Kocham Polskę, kocham Polaków i występuję tutaj regularnie od 15 lat. Grałem z orkiestrą „Amadeus” Agnieszki Duczman, filharmoniami krakowską, gdańską, warszawską... Dałem wiele koncertów w wielu polskich katedrach. Dziś ludzkość oczekuje pokoju, pogodzenia z Bogiem. Jak mówił papież: „Należy zapomnieć o przeszkodach i pogodzić się między sobą i pojednać z Panem Bogiem”.
 

- Czy miał pan tremę kiedy występował pan przed Janem Pawłem?
G.Z.: Trzy miesiące przed pierwszym spotkaniem z papieżem miałem dwa sny. W pierwszym śniłem, że stoję przed katedrą, a nad moją głową krąży olbrzymia, biała pszczoła. Tak jakby chciała mi powiedzieć: „Idź za mną”. Wszedłem do katedry, a tam były olbrzymie schody. Na ich szczycie czekał na mnie papież. Powiedział do mnie: „Chodź, jesteś moim synem wiary”. W drugim śnie byliśmy razem za zielonym wzgórzu. Była przepiękna pogoda, lśniło słońce. Poszliśmy do wiejskiej karczmy, gdzie za drewnianym stołem siedzieli goście. Papież rzekł do nich: „Przedstawiam wam mojego ukochanego syna”. Te sny spowodowały, że nie miałem tremy, bo wiedziałem, że papież mnie akceptuje. Nigdy nie opowiadałem mu o tych snach.
 

- Jest pan głęboko religijnym człowiekiem, czy wiarę wyniósł pan z domu rodzinnego?
G.Z.: Nie. Moja mama była wprawdzie ochrzczona, ale nasz dom nie był religijny. Moja nawrócenie rozwijało się stopniowo. Decydujący wpływ miała seria koncertów jakie dałem w latach 1978-82 w wielu katedrach na całym świecie. Wykonywałem zaaranżowane przeze mnie kompozycje zarówno z liturgii katolickiej jak i prawosławnej. Podczas tych występów odkryłem, że moja fletnia pana posiada moc modlitewną. Widziałem płaczących po moich koncertach ludzi. To wszystko razem sprawiło, że stałem się religijny.
 

- W 1982 roku wyemigrował pan z Rumuni. Czy wiązało się to z prześladowaniami religijnymi?
G.Z.: Nie, raczej politycznych. Po przejęciu władzy w 1967 roku, Ceausescu, był bardzo życzliwy wobec artystów. Kiedy wykorzystał nas w celu umocnienia własnej pozycji zaczął nas stopniowo marginalizować. Pod koniec lat 70. byłem znany na całym świecie natomiast w moim własnym kraju napotykałem tylko na przeszkody. W końcu postanowiłem wyjechać, ale i tak byłem nadal prześladowany. Komuniści posunęli się nawet do próby zamachu na moje życie. Na szczęście byłem chroniony przez Pana Boga.
 

- W 1955 roku, jako 14 letni chłopak, zdawał pan do liceum muzycznego. Nie został pan przyjęty do klasy akordeonu, jak chciał pana ojciec, ale do klasy fletni pana – instrumentu wówczas już archaicznego.  
G.Z.: Byłem dzieckiem i nie zdawałem sobie sprawy, co to może oznaczać. Wybrano za mnie, a ja się podporządkowałem. Dopiero 25 lat później zrozumiałem, że tego wyboru dokonał Pan Bóg. Zrozumiałem, że fletnia pana była dla mnie przeznaczona. Kiedy zaczynałem naukę był to instrument kojarzony jedynie z muzyką ludową, a grało się na nim tylko na jeden sposób. Udało mi się na tyle spopularyzować fletnie, że grane są na niej dziś wszelkie odmiany muzyki od popularnej, po współczesną muzykę klasyczną. Jednak najwyższą formą gry na fletni pana jest modlitwa.
 

- Nie poprzestał pan tylko na popularyzacji fletni pana, ale też skonstruował pan wiele jej odmian.
G.Z.: Stworzyłem całą gamę fletni pana. Są fletnie altowe, sopranowe, tenorowe, basowe. Niektóre modele mają skalę dwu i pół oktawową, ale są też siedmiooktawowe czyli posiadają skalę fortepianu. Największa fletnia ma metr trzydzieści pięć centymetrów wysokość i metr dwadzieścia szerokości. Mam w Rumunii wytwórnię, w której oprócz fletni pana wytwarzane są skrzypce, kontrabasy...
 

- A ile fletni ma pan sam osobiście?
G.Z.: To ciekawa rzecz, bo zawsze mam ich siedem. Nawet jeśli nabędę nowy instrument to zawsze albo jeden się popsuje, albo jeden gdzieś zgubię, więc zawsze mam ich siedem. Jestem związany z liczbą siedem. Pracę doktorską oparłem też na liczbie siedem. Udowodniłem w niej, że flet jest instrumentem podstawowym. Powstał trzeciego dnia stworzenia świata. Wiatr złamał wtedy źdźbło trzciny i zagrał na nim pierwszą melodię.
 

- Wydał pan ponad 200 albumów, które zostały sprzedane na świecie w ponad 40 milionowym nakładzie. Najbardziej jest pan kojarzony jednak jako autor muzyki filmowej. W Polsce, w latach 70. wielką popularnością cieszył się film „Piknik pod wisząca skałą” australijskiego reżysera Petera Weira. Fletnia pana brzmi w nim prawdziwie mistycznie.
G.Z.: Wówczas, a był to rok 1975, byłem bardzo popularny w Australii. Peter Weir sam wybrał nagranie pochodzące z jednej z moich płyt. Film niesie w sobie tajemnicę, i zapewne reżyser usłyszał ją również w brzmieniu fletni pana. Dopiero po latach oglądając jeszcze raz ten film dostrzegłem ten związek. Dziś uważam, że właśnie w tym filmie mój instrument w połączeniu z obrazem wypadł najpełniej.
 

- Jednak największa popularność zyskał pan dzięki filmom hollywoodzkim?
G.Z.: Takie są prawa rynku, choć osobiście nie przepadam za kinem amerykańskim. Większość osób kojarzy moją muzykę z głównym tematem z gangsterskiego filmu Sergio Leone „Pewnego razu w Ameryce” i kompozycją „The Lonely Shepherd” wykorzystaną w „Kill Bill” Quentina Tarantino. Fletnia pana doskonale brzmi w pewnych kontekstach i dlatego jest chętnie wykorzystywana przez filmowców. Oczywiście nie zgadzam się, by moje utwory były wykorzystywane w scenach drastycznych. Nawet w „Kill Bill” moja muzyka została wykorzystana w scenie duchowej nauki sztuki walki. Mimo że zawsze pytany jestem o zgodę na wykorzystanie moich utworów do filmów to jednak reżyserzy kontaktują się nie ze mną tylko z producentami nagrań. To producenci tak naprawdę decydują gdzie i kto wykorzysta moje nagrania. Tak było w przypadku Tarantino, ale z Sergio Leone spotkałem się osobiście.  
 

- Podejrzewam, że najbardziej rozpoznawalną cechą fletni pana jest jej smutne, czasem mistyczne brzmienie.
G.Z.: Fletnia pana jest niewątpliwie instrumentem o smutnym brzmieniu, ale też można na niej zagrać tematy jak najbardziej wesołe. Najważniejszy jest jednak dialog między twórcą, a instrumentem. Rumunia leży nad morzem, ale na większości jej terytorium rozpościerają się góry. Morze przyciąga jak kobieta, a stojąc przed górami jesteś przytłoczony ich mocą. I mimo, że jest to różnica jak między ziemią i niebem to zarówno muzyka z nad wybrzeża jak i z gór doskonale brzmi zagrana na fletni pana.

Rozmawiał
Grzegorz Brzozowicz

 

Fletnia Pana, (inaczej: syringa, syrinx), jest to instrument muzyczny zaliczany do grupy aerofonów wargowych. Składa się z drewnianych piszczałek, ułożonych w jednym rzędzie. Dźwięki z tego instrumentu wydobywa się dmuchając w krawędzie otworów piszczałek. Według mitologii greckiej na fletni grywał opiekun pasterzy i trzód - bożek Pan. Obecnie instrument ten spotyka się w niektórych krajach Europy, w Azji, Afryce i Ameryce Południowej. Popularna w Polsce w okresie renesansu, gdzie nazywana była multanką.
 

 

Gheorghe Zamfir (ur. 06.04.1941 roku w Gaesti, Rumunia)
Światowej sławy rumuński wirtuoz gry na fletni pana. W 1968 roku ukończył Bukareszteńskie Konserwatorium Muzyczne. Dla świata został odkryty przez szwajcarskiego etnomuzykologa Marcel Cellier, który badał rumuńską muzykę ludową. W ciągu 50-letniej kariery, Gheorghe Zamfir, otrzymał ponad 90 złotych i platynowych płyt. Jego muzyka została wykorzystana w wielu filmach m.in. Kill Bill Vol. 1 Quentina Tarantino, Piknik nad wiszącą skałą Petera Weira, Karate Kid Billa Conti. W 1976 roku jego utwór Doina de Jale dotarł do czwartej pozycji brytyjskiej listy przebojów.
Zmieniony ( 14.07.2006. )

 

artykuł znajduje się na stronie:

 http://www.ooops.pl/brzozowicz/

 


 

 

Georghe Zamfir " Totus Tuus"  płuta CD

 

posłuchaj fragmentów: >1< , >2< , >3<

 

 

Płytę Georghe Zamfira " Totus tuus " kupisz tu:

http://www.paganini.com.pl/

http://www.luna.pl/

http://www.gigant.pl/

http://www.traffic-club.pl/

 

 


<<< powrót do strony głównej