| W pierwszą rocznicę śmierci papieża
na wrocławskim rynku rozbrzmi przejmujący lament fletni pana. Rumuński
wirtuoz, Gheorghe Zamfir, wykona koncert „Totus Tuus” skomponowany ku
pamięci Jana Pawła II.

Grzegorz Brzozowicz - W jaki sposób powstał ten koncert?
Gheorghe Zamfir: To
długa historia, która rozpoczęła się w 1987 roku. Byłem zaniepokojony
poziomem współczesnej muzyki sakralnej i wysłałem list do kardynała
Josepha Ratzingera prosząc o spotkanie. Zostałem przyjęty przez
kardynała na specjalnej audiencji w Watykanie, która trwała godzinę i
piętnaście minut. W następnym roku spotkałem się z papieżem, z którym
rozmawiałem w cztery oczy przez piętnaście minut. Zaproponowałem
Janowi Pawłowi II, by moja muzyka towarzyszyła mu podczas pielgrzymek
po świecie i była grana na zakończenie spotkań z wiernymi.
Przekonywałem, że fletnia pana jest najwspanialszym instrumentem do
wykonywania pożegnalnej modlitwy. Po tym spotkaniu miałem zaszczyt
zagrania dwóch koncertów na Uniwersytecie Salezjańskim, a następnie
kardynał Ratzinger, o którym nie wiedziałem, że jest z wykształcenia
muzykiem, zaproponował mi nagranie płyty z muzyką sakralną. Watykan
właśnie rozpoczął wydawanie płyt. Z pierwszym numerem ukazał się
kompakt z utworami Vivaldiego, a z drugim mój. Ta piękna historia leży
u podstaw stworzenie koncertu „Totus Tuus”, który powstawał przez
wiele lat. W ubiegłym roku podczas spotkania z nuncjuszem papieskim w
Bukareszcie zapowiedziałem wydanie płyty łączącej muzykę katolicką i
prawosławną w jedno. Na „Totus Tuus” są cztery utwory Ave Maria,
„Ojcze nasz”, „Gloria”... Oczywiście cały kontekst tego koncertu jest
związany z pamięcią o papieżu, o jego oddaniu pracy na rzecz pokoju,
religijnemu zjednoczeniu i walce o czystość wiary.
- Jest pan wyznania prawosławnego, a jednak większość
swojej twórczości religijnej związał pan z polskim papieżem.
G.Z.:
Trzy lata temu byłem pierwszym prawosławnym twórcą zaproszonym przez
katolickiego hierarchę, polskiego biskupa Mariana z Toronto, do
wystąpienia podczas oficjalnej uroczystości kościelnej. Był to koncert
z okazji 25-lecia papieskiego pontyfikatu. Wystąpiłem w Toronto, gdzie
zagrałem w towarzystwie wielkiego chóru i orkiestry symfonicznej.
Koncert oglądało 16 tysięcy widzów. Muzyka nie zna granic i jest
doskonałym medium dla duchowego jednoczenia w wierze. Właśnie najpierw
po przez muzykę może dojść do tak pożądanego zjednoczenie między
prawosławiem i katolicyzmem. Największym osiągnięciem Jana Pawła II
było łączenie narodów w wierze. Wcześniejsi papieże walczyli o wiarę
na poziomie europejskim, a na innych kontynentach na poziomach
narodowych. Dopiero Karol Wojtyła zaczął rozwiązywać ten problem w
skali globalnej. To dlatego był tak kochany i akceptowany na całym
świecie. Jestem przekonany, że odszedł z tego świata z poczuciem
spełnienia misji.
- Nie tylko kochał pan papieża Polaka, ale również
często odwiedza pan nasz kraj z koncertami.
G.Z.:
Ja jako prawosławny przyjeżdżam do was ze swym małym wkładem w
pojednanie duchowe między naszymi kościołami. Kocham Polskę, kocham
Polaków i występuję tutaj regularnie od 15 lat. Grałem z orkiestrą
„Amadeus” Agnieszki Duczman, filharmoniami krakowską, gdańską,
warszawską... Dałem wiele koncertów w wielu polskich katedrach. Dziś
ludzkość oczekuje pokoju, pogodzenia z Bogiem. Jak mówił papież:
„Należy zapomnieć o przeszkodach i pogodzić się między sobą i pojednać
z Panem Bogiem”.
- Czy miał pan tremę kiedy występował pan przed Janem
Pawłem?
G.Z.:
Trzy miesiące przed pierwszym spotkaniem z papieżem miałem dwa sny. W
pierwszym śniłem, że stoję przed katedrą, a nad moją głową krąży
olbrzymia, biała pszczoła. Tak jakby chciała mi powiedzieć: „Idź za
mną”. Wszedłem do katedry, a tam były olbrzymie schody. Na ich
szczycie czekał na mnie papież. Powiedział do mnie: „Chodź, jesteś
moim synem wiary”. W drugim śnie byliśmy razem za zielonym wzgórzu.
Była przepiękna pogoda, lśniło słońce. Poszliśmy do wiejskiej karczmy,
gdzie za drewnianym stołem siedzieli goście. Papież rzekł do nich:
„Przedstawiam wam mojego ukochanego syna”. Te sny spowodowały, że nie
miałem tremy, bo wiedziałem, że papież mnie akceptuje. Nigdy nie
opowiadałem mu o tych snach.
- Jest pan głęboko religijnym człowiekiem, czy wiarę
wyniósł pan z domu rodzinnego?
G.Z.:
Nie. Moja mama była wprawdzie ochrzczona, ale nasz dom nie był
religijny. Moja nawrócenie rozwijało się stopniowo. Decydujący wpływ
miała seria koncertów jakie dałem w latach 1978-82 w wielu katedrach
na całym świecie. Wykonywałem zaaranżowane przeze mnie kompozycje
zarówno z liturgii katolickiej jak i prawosławnej. Podczas tych
występów odkryłem, że moja fletnia pana posiada moc modlitewną.
Widziałem płaczących po moich koncertach ludzi. To wszystko razem
sprawiło, że stałem się religijny.
- W 1982 roku wyemigrował pan z Rumuni. Czy wiązało się
to z prześladowaniami religijnymi?
G.Z.:
Nie, raczej politycznych. Po przejęciu władzy w 1967 roku, Ceausescu,
był bardzo życzliwy wobec artystów. Kiedy wykorzystał nas w celu
umocnienia własnej pozycji zaczął nas stopniowo marginalizować. Pod
koniec lat 70. byłem znany na całym świecie natomiast w moim własnym
kraju napotykałem tylko na przeszkody. W końcu postanowiłem wyjechać,
ale i tak byłem nadal prześladowany. Komuniści posunęli się nawet do
próby zamachu na moje życie. Na szczęście byłem chroniony przez Pana
Boga.
- W 1955 roku, jako 14 letni chłopak, zdawał pan do
liceum muzycznego. Nie został pan przyjęty do klasy akordeonu, jak
chciał pana ojciec, ale do klasy fletni pana – instrumentu wówczas już
archaicznego.
G.Z.:
Byłem dzieckiem i nie zdawałem sobie sprawy, co to może oznaczać.
Wybrano za mnie, a ja się podporządkowałem. Dopiero 25 lat później
zrozumiałem, że tego wyboru dokonał Pan Bóg. Zrozumiałem, że fletnia
pana była dla mnie przeznaczona. Kiedy zaczynałem naukę był to
instrument kojarzony jedynie z muzyką ludową, a grało się na nim tylko
na jeden sposób. Udało mi się na tyle spopularyzować fletnie, że grane
są na niej dziś wszelkie odmiany muzyki od popularnej, po współczesną
muzykę klasyczną. Jednak najwyższą formą gry na fletni pana jest
modlitwa.
- Nie poprzestał pan tylko na popularyzacji fletni
pana, ale też skonstruował pan wiele jej odmian.
G.Z.:
Stworzyłem całą gamę fletni pana. Są fletnie altowe, sopranowe,
tenorowe, basowe. Niektóre modele mają skalę dwu i pół oktawową, ale
są też siedmiooktawowe czyli posiadają skalę fortepianu. Największa
fletnia ma metr trzydzieści pięć centymetrów wysokość i metr
dwadzieścia szerokości. Mam w Rumunii wytwórnię, w której oprócz
fletni pana wytwarzane są skrzypce, kontrabasy...
- A ile fletni ma pan sam osobiście?
G.Z.:
To ciekawa rzecz, bo zawsze mam ich siedem. Nawet jeśli nabędę nowy
instrument to zawsze albo jeden się popsuje, albo jeden gdzieś zgubię,
więc zawsze mam ich siedem. Jestem związany z liczbą siedem. Pracę
doktorską oparłem też na liczbie siedem. Udowodniłem w niej, że flet
jest instrumentem podstawowym. Powstał trzeciego dnia stworzenia
świata. Wiatr złamał wtedy źdźbło trzciny i zagrał na nim pierwszą
melodię.
- Wydał pan ponad 200 albumów, które zostały sprzedane
na świecie w ponad 40 milionowym nakładzie. Najbardziej jest pan
kojarzony jednak jako autor muzyki filmowej. W Polsce, w latach 70.
wielką popularnością cieszył się film „Piknik pod wisząca skałą”
australijskiego reżysera Petera Weira. Fletnia pana brzmi w nim
prawdziwie mistycznie.
G.Z.:
Wówczas, a był to rok 1975, byłem bardzo popularny w Australii. Peter
Weir sam wybrał nagranie pochodzące z jednej z moich płyt. Film niesie
w sobie tajemnicę, i zapewne reżyser usłyszał ją również w brzmieniu
fletni pana. Dopiero po latach oglądając jeszcze raz ten film
dostrzegłem ten związek. Dziś uważam, że właśnie w tym filmie mój
instrument w połączeniu z obrazem wypadł najpełniej.
- Jednak największa popularność zyskał pan dzięki
filmom hollywoodzkim?
G.Z.:
Takie są prawa rynku, choć osobiście nie przepadam za kinem
amerykańskim. Większość osób kojarzy moją muzykę z głównym tematem z
gangsterskiego filmu Sergio Leone „Pewnego razu w Ameryce” i
kompozycją „The Lonely Shepherd” wykorzystaną w „Kill Bill” Quentina
Tarantino. Fletnia pana doskonale brzmi w pewnych kontekstach i
dlatego jest chętnie wykorzystywana przez filmowców. Oczywiście nie
zgadzam się, by moje utwory były wykorzystywane w scenach
drastycznych. Nawet w „Kill Bill” moja muzyka została wykorzystana w
scenie duchowej nauki sztuki walki. Mimo że zawsze pytany jestem o
zgodę na wykorzystanie moich utworów do filmów to jednak reżyserzy
kontaktują się nie ze mną tylko z producentami nagrań. To producenci
tak naprawdę decydują gdzie i kto wykorzysta moje nagrania. Tak było w
przypadku Tarantino, ale z Sergio Leone spotkałem się osobiście.
- Podejrzewam, że najbardziej rozpoznawalną cechą
fletni pana jest jej smutne, czasem mistyczne brzmienie.
G.Z.:
Fletnia pana jest niewątpliwie instrumentem o smutnym brzmieniu, ale
też można na niej zagrać tematy jak najbardziej wesołe. Najważniejszy
jest jednak dialog między twórcą, a instrumentem. Rumunia leży nad
morzem, ale na większości jej terytorium rozpościerają się góry. Morze
przyciąga jak kobieta, a stojąc przed górami jesteś przytłoczony ich
mocą. I mimo, że jest to różnica jak między ziemią i niebem to zarówno
muzyka z nad wybrzeża jak i z gór doskonale brzmi zagrana na fletni
pana.
Rozmawiał
Grzegorz Brzozowicz

|